środa, maja 15, 2019

Wiosenne przemyślenia

Wiosenne przemyślenia

Tak jak obiecałam sobie tydzień temu, usiadłam i pomyślałam co dalej z tym moim pisaniem. Bardzo pomogła mi w tym stara znajoma dolegliwość, czyli choroba kręgosłupa, która skutecznie uniemożliwia mi jakąkolwiek pracę w ogrodzie i domu. Uwierzcie mi, można być wściekłym na swoje słabości, albo żeby nie zwariować, szukać w nich dobrych stron. Posłuchałam rady mojej znajomej, wystawiam twarz do słonka i myślę (to przynajmniej nie boli). A kiedy tak sobie siedzę w tym moim zielonym kawałku świata, przychodzą mi do głowy różne myśli, wspomnienia, obrazy. 
Jednym z takich powracających obrazów i smaków jest ciasto, biszkopt na bazie jajek i octu, który w magiczny sposób spienia proszek do pieczenia i żółtka. Z dzieciakami na warsztatach robimy w ten sposób wybuchające wulkany! No i masz, artystka kuchni! Ale tym razem udało mi się upiec to ciasto, oczywiście bez zastanawiania się nad proporcjami, po prostu tak jak pamiętam. A nieodłącznym obrazem tego wspomnienia jest babcia mojej koleżanki ze szkolnej ławki, dziś pewnie w bardzo podeszłym wieku. Pozdrawiam Ewa! :)

I kiedy tak sobie piję tą moją aromatyczną kawę w pięknych okolicznościach ogrodu, przyglądamy się sobie z jedną wiewiórką nawzajem, pojawiają się kolejne pomysły. Już od ostatniego dzwonka w szkole, od zakończenia bardzo ważnych projektów w pracy - czyli początkiem lipca - będę umieszczać na blogu różne kreatywne zabawy dla dużych i małych. Jeszcze muszę dopracować szczegóły, może nagram jakieś filmy z zajęć w Plenerowej Akademii Sztuki? Być może będą pliki do pobrania? Myślę, zastanawiam się, kombinuję.

Zaglądajcie, zapraszam, a jeśli macie jakieś pomysły, chcecie się czegoś dowiedzieć o sztuce, tworzeniu, kreatywności, piszcie w mailach, na FB albo przyjedźcie do mnie na kawę i biszkopt!




Fot.: Joanna Bielenda



środa, maja 08, 2019

Post, którego nie ma, a przynajmniej nie miało być

Post, którego nie ma, a przynajmniej nie miało być

Kochani, właściwie to zupełnie nie mam dziś głowy do pisania posta. Czasem tak jest, że chociaż bardzo się staram i próbuję ogarniać różne tematy, wywiązać się z obowiązków i nie zaniedbywać przyjaciół - wszystko idzie jak po grudzie. Obowiązki i sprawy ważne zaczynają wpadać na siebie jak woda w wodospadzie. Na oślep i wszystko na raz wymaga mojej uwagi. Jeden kalendarz mały, duży zielony organizer i ten „wyrywny” kalendarz nad biurkiem kompletnie nie chcą ze sobą współpracować, a co dopiero ze mną! A już nie powiem co się dzieje kiedy głośno powiem: „ufff ogarnęłam” coś tam całkiem dużego...

Jestem niepoprawną optymistką, zawsze szukam rozwiązania konfliktów takiego, które pogodzi różne sprawy, wymagania itd. Ponieważ zapominam o terminach, zapisuję w kalendarzu każde spotkanie, rozmowę, włączam przypominajki w telefonie, w różnych miejscach przyklejam karteczki z hasłami dotyczącymi danej sprawy. A mimo to, od czasu do czasu, robi się „młyn” i wysyłam ważne pismo z „literówką”, spóźniam się na spotkanie, albo w ogóle zapominam, że miesiąc temu umówiłam się na kawę z przyjaciółką. Sterta papierów do posegregowania zaściela mi biurko w pracy, a w domu… oj, może daruję Wam opowieści co tu się poniewiera pod nogami.

I wtedy przypomina mi się rada mojego nauczyciela z liceum, czyli dawno temu: „Jeśli brakuje ci czasu, znajdź sobie kolejne zajęcie”. O ile pierwszą myślą większości z Was, jest raczej mało przyzwoite polecenie udania się osoby wypowiadającej taki komunikat w otchłanie głębokich, dalekich, regionów do zwiedzania - zatrzymajcie się! Coś w tym jest, że kolejny obowiązek zmusza nas do poukładania różnych spraw, żeby je ogarnąć, albo posegregować a czasami odpuścić. I dokładnie mam tak dzisiaj - zamiast pisać post wolałabym iść na spacer, do ogrodu, posiedzieć, posłuchać ptaków. Albo poczytać jedną z kilku czekających na mnie książek. Dokończyć malowanie jednego z 3-4 zaczętych obrazów. A może nauczyć się kilku zwrotów ojczystego języka Szekspira…


No dobrze, ale przecież chciałam pisać bloga! Tak! O sztuce, o rozwoju osobistym, o arteterapii! Dzielić się wrażeniami z miejsc jakie zwiedzam, z galerii, muzeum, opowiadać o wrażliwym odbieraniu rzeczywistości. I co, tak po prostu nie napiszę i już? Niby nic się nie stanie. Świat będzie trwał w swoim rytmie, ktoś namaluje obraz, a ktoś inny wyjedzie w daleką podróż. Jakaś pani zapłacze w tęsknocie za ukochanym, którego już nie ma, a inny pan wypije w spokoju kolejne piwo. Ale kiedy pomyślę, że kilkaset osób zaglądnęło na mojego bloga, czasem ktoś skomentował, czasem pochwalił - to sami widzicie - siadam i piszę.

Planuję nowe działania, będę szukać osób chętnych do artystycznych działań. Pozwólcie, że usiądę i pomyślę, a potem Wam o wszystkim opowiem.



Fot.: Joanna Bielenda



środa, maja 01, 2019

Dzisiaj mnie nie ma dla nikogo

Dzisiaj mnie nie ma dla nikogo

Od kilku lat mamy taki fajny czas w kalendarzu, że w maju są małe wakacje. W różnych okresach możemy mieć tydzień czy dwa całkiem legalnie wolnego od pracy. Hotele i biura turystyczne zacierają ręce i wymyślają różne atrakcje, zaczynają się koncerty plenerowe, festyny, itd. A ja w tym roku zmieniłam plany. Miały być intensywne, kreatywne warsztaty, a będzie plener kreatywny pt.: „Zatrzymaj się!”.

Dlaczego tak? A dlatego, że tak!
Moi bliżsi i dalsi znajomi wiedzą, że mam różne rodzaje aktywności - praca zawodowa od kilku miesięcy w zupełnie innym wymiarze obowiązków i czasu, warsztaty artystyczne w różnych miejscach, zwiedzanie nowych miejsc o których mogę później napisać na blogu, itd. A poza tym całkiem zwyczajne codzienne obowiązki. Żeby ogarnąć różne sprawy czasem muszę coś przeczytać (posłuchać), zrobić notatki, plany. Nie odkryję wielkiej tajemnicy, że czasem nie mam na wszystko siły, energii. I właśnie wtedy potrzebuję wakacji, urlopu, świętego spokoju. Pewnie też tak macie, że wystarczy kilka dni nawet we własnym ogródku (albo, jak kto lubi, w ładnym hotelu), żeby zrobić sobie mały reset. Takie bycie ze sobą, swoimi myślami, emocjami, świadome przeżywanie chwili. Często wtedy skupiam się na drobiazgach,  dźwiękach otoczenia, powiewach wiatru, zapachach, smakach. Robię też przegląd notatek, planów, niektóre zostają do zrealizowania, inne trafiają w otchłanie niebytu.


Mariusz Idkowiak "Sad wiosną"

Wojciech Eichelberger -„Zatrzymaj się”
Umysł jest jak naczynie z wodą, którym nieustannie poruszamy. Woda wzburza się, mąci, przelewa. Bywa, że wstrząsany niepokojami umysł nie daje nam wytchnienia nawet w nocy. Budzimy się zmęczeni, rozbici i bez sił do życia. Gdy decydujemy się na to, by przez pewien czas pobyć w samotności, to tak jakbyśmy naczynie z wodą postawili w jednym miejscu. Nikt go nie rusza, nie przenosi, nic nie dodaje; nikt nie miesza wody. Wtedy wszystkie zanieczyszczenia opadają na dno, woda staje się spokojna i przejrzysta.


Henryk Weyssenhoff "Wiosna"

Jakoś nieszczególnie lubię praktyki związane z buddyjską medytacją, ale często zdarza mi się stan bliski medytacji z pędzlem zawieszonym w powietrzu zanim zrobię pierwszą plamę na obrazie. Czasem w zamyśleniu niczego nie jestem w stanie namalować, a czasem maluję bez odpoczynku. Taki mam też plan na zbliżający się majowy weekend. Zabiorę ze sobą sztalugi, pędzle, farby i pojadę w góry. Potem usiądę w jakimś spokojnym miejscu z ładnym widokiem i powiem sobie „zatrzymaj się”. Będę przyglądać się drzewom, kwiatkom na łące, słuchać śpiewu ptaków i cieszyć się wolnością. Może coś namaluję, a może coś napiszę, nie wiem, nie planuję, nie umawiam się ze sobą na nic. Zobaczymy co będzie, co przyniesie dzień. Pozwolę się ponieść życiu, odpuszczę sobie obowiązki i wszystkie codzienne „muszę”. Wiosno trwaj!

P.S. Każdy, kto będzie chciał dołączyć do moich planów, znajdzie mnie w Jaworkach :)
PlenerowaAkademia Sztuki otwiera plener kreatywny!


Fot.: Sandro Botticelli "Wiosna"




środa, kwietnia 24, 2019

Tetmajer, czyli wiosna i malwy

Tetmajer, czyli wiosna i malwy

Wiosna w malarstwie jest tematem tak popularnym, że właściwie banalnym. Ale każdy kto próbował uprawiać jakikolwiek ogródek wie, że na sielskie, bajkowe rabatki trzeba mnóstwo wysiłku. Projektuję kolejny ogród, oswajam i układam pod swoje wyobrażenie. Jeśli miałabym opowiedzieć jak będzie wyglądał, zajęło by to kilka chwil. Ale praca przy roślinach, plewienie rabatek, planowanie ścieżek to już znacznie dłuższy projekt. 

Kiedy oglądam obrazy namalowane przez tych bardziej i mniej znanych artystów, widzę coś więcej niż tylko barwne plamy. Wyobrażam sobie również ludzi, którzy latami dbali o drzewa, kwiaty, rabatki i dróżki między nimi. Jeśli bohaterami obrazu są kwitnące wiosną drzewa, widzę czyjąś troskliwa rękę przycinająca gałązki, malującą wapnem pnie drzew. Mam w moim ogrodzie takie stare jabłonie, które niesamowicie kwitną na wiosnę od 50-60 lat. Niestrudzenie robię zdjęcia i co roku mam z tego prawdziwą frajdę! Czasem ze smutkiem trzeba wyciąć jakąś uschniętą gałąź, ale nadal zachwycają ilością owoców na jesień. Jakiś czas temu zaczęłam siać nasiona różnych kwitnących kwiatów - malwy, nagietki, nasturcje. Wiosną sprawdzam „listę obecności”, czekam na pierwsze pąki, kwiatki. Pierwsze pną się do góry malwy, niemal widać jak rosną blaszkowate liście, najpierw małe i pomarszczone, z drobnymi włoskami.  Malwy mają to do siebie, że lubią rosnąć tam gdzie się posieją. W tym roku po raz kolejny przesadziłam kilka sadzonek malw w inne miejsce niż wyrosły. Muszę jeszcze wymyślić sposób zatrzymania nasion w ogródku, już znalazłam kilku „uciekinierów” u sąsiada, wzdłuż drogi i gdzieś na miedzy. Jednego roku miałam niesamowitą satysfakcję, kiedy okazało się, że wiosną pojawiły się malwy wzdłuż drogi do mojego domu. Niestety nie przeżyły spotkania z kombajnami i nie mogły się rozsiać na następny rok. 
Ciekawe, że kiedy zapytać kogoś o kolory wiosny, wymieni żółty, zielony, a przecież najbardziej dominująca jest właśnie biel kwitnących sadów?! Oj, ale zrobiło mi się ogrodniczo na tym blogu! Tak działa po prostu cały dzień spędzony w ogrodzie :)  

Jedną z przyjemniejszych chwil pracy w ogrodzie jest ta, kiedy ptaki przestają mnie zauważać i zaczynają swoje codzienne przekrzykiwanie. Siadam sobie z filiżanką kawy i słucham. Wsłuchuję się w coroczny rytuał nawoływania się szpaków, sikorek, skowronków i kto wie czego tam pod chmurami jeszcze. Wiecie co? Mój ogród wymaga jeszcze wielu lat pracy, ale dla mnie jest najbardziej zaczarowanym ogrodem na świecie. Dajcie się zaczarować wiośnie! :)


Fot.: Włodzimierz Tetmajer "Kwitnąca jabłoń"



środa, kwietnia 17, 2019

Rozmodleni ateiści

Rozmodleni ateiści

Czy musi się zapalić wielka katedra żeby ludzie zatrzymali się i zaczęli się modlić?
Nie, nie napiszę dziś o Katedrze Notre Dame - dość jest informacji we wszystkich możliwych mediach. Chociaż jestem mocno wstrząśnięta pożarem tak wspaniałego zabytku, który oparł się rewolucjom, wojnom i różnym historycznym zawieruchom. Kiedy słucham relacji z Francji przychodzi mi do głowy taka myśl: czy trzeba tak strasznego pożaru żeby ateiści zaczęli się modlić? Francuzi z wielkim przejęciem patrzyli na płonącą katedrę, a przecież od wielu lat pozwalają na niszczenie wielu zabytkowych kościołów! Jeśli zamieniają je w galerie, restauracje  czy domy mieszkalne, aż tak bardzo mnie to nie złości. Każdy ma prawo robić ze swoja własnością to, co uważa za właściwe. Ale kiedy piękne średniowieczne kościoły znikają z mapy Europy bezpowrotnie, a w ich miejsce powstają świątynie zupełnie innego kultu, to już jestem strasznie wkurzona. A najgorsza jest bezsilność, podobnie jak widok płonącej katedry, bezsilność wobec żywiołu. Świadomość nieuchronności destrukcji jaka się dokonuje i nic nie możemy z tym zrobić. Jedyna dobra strona tego wydarzenia to dyskusja o dziedzictwie kulturowym Europy, znaczeniu takich obiektów jak Katedra Notre Dame. Każda katastrofa budzi w narodach refleksję nad współodpowiedzialnością za świat jaki zostawimy po sobie.

Zdzisław Beksiński 1983 "Katedra"

Jeśli, tak jak ja, zastanawiacie się nad takimi symbolicznymi wydarzeniami, a wrażliwość skłania do refleksji - zapraszam na Plenerową Akademię Sztuki, zaraz po wszystkich świątecznych atrakcjach, kolejna II edycja wiosenna w Jaworkach!
Zapraszam do zapisów, szczegółowe informacje już za tydzień!


Fot.: paris10.pl



środa, kwietnia 10, 2019

Niedziela Palmowa

Niedziela Palmowa

W krakowskim Muzeum Narodowym znajduje się obraz jednego z wielu polskich artystów, którego nie powstydziłoby się żadne światowe muzeum. Można śmiało powiedzieć, że Kazimierz Sichulski był obywatelem Europy.
Studiował w Krakowie, Wiedniu, Monachium, Dreźnie, Florencji i Paryżu. Był profesorem Państwowej Szkoły Przemysłowej we Lwowie, Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Niesamowicie inspirujące było dla mnie spotkanie z tym artystą w tym właśnie obrazie - Niedziela Palmowa-tryptyk. Niedawno brałam udział w powstawaniu tradycyjnej plamy wielkanocnej z papierowych kwiatów i bukszpanu. Ciekawy projekt i spotkanie w szczególnym gronie. Ale pamiętam, że kiedy zobaczyłam ten obraz i dzieci z wierzbową gałązką z „kotkami”, pomyślałam sobie, że tak to powinno wyglądać. W naszym klimacie kapryśnej aury palmy są raczej rośliną egzotyczną, a te gałązki zawsze pojawiają się jako jedne z pierwszych zwiastunów wiosny. Nawet pod lekkim mrozem pomalutku dojrzewają w brązowych kokonikach, żeby jak tylko słońce mocniej zaświeci wystrzelić puszystością białych kuleczek.

Kiedyś dziadek Stanisław był specjalistą od wyszukiwania najładniejszych gałązek i przynoszenia ich do starego wazonu. Teraz sama robię takie wiosenne bukiety, zwiastuny nowego czasu, odradzania się przyrody i cieplejszych dni. Kiedy zaczynam wychodzić na dłuższe spacery zadzieram głowę do góry, wystawiam buzię do słońca. Lubię wiosnę! Te dzieciaki na obrazie chyba też, chociaż dla nich pewnie kojarzyła się z początkiem prac w gospodarstwie i raczej intensywnym czasem siewu, pasienia  zwierząt itd. Ale pewnie też z cieplejszym domem, końcem monotonni zimowych wieczorów.

Niesamowite jest jak artysta uchwycił tą chwilę nadziei, radości, zadumy. W dzisiejszym zabieganym, zestresowanym świecie, zachęcam Was do takiej prostej zadumy nad pięknym obrazem, szukania małych radości z wizyty kogoś bliskiego, z promieni słońca na twarzy. Czasem kiedy słyszę żale na brak pieniędzy, nowego samochodu czy domu, myślę sobie jacy jesteśmy szczęśliwi mając ciepłe ubranie, pełną lodówkę i zdrowe ręce. Tak naprawdę do szczęścia potrzeba mi niewiele - uświadamiam to sobie w różnych momentach swojego życia. Chętnie opowiem Wam o moim szukaniu równowagi pomiędzy „być” a „mieć”.
Najlepsza okazja będzie już niedługo na wiosennych warsztatach w Jaworkach. Oczywiście majówka 2019!

A na koniec mam swoją historię związaną z baziowymi ”kotkami”. Historia, a jakże, z przedszkola: nie wiem po co i dlaczego, ale z moim kolegą Arturem, lat 5, uznaliśmy za wspaniałą przygodę wpychanie sobie „kotków” do nosa. Nie wiem tylko dlaczego dorośli narobili strasznego hałasu i pan doktor na pogotowiu z bardzo groźną miną wszystkie „kotki” wytargał mi z nosa bardzo długimi szczypcami :)



Fot.: Kazimierz Sichulski "Niedziela palmowa (tryptyk)"
www.pinakoteka.zascianek.pl/Sichulski/Index.htm

środa, kwietnia 03, 2019

Andy Warhol

Andy Warhol

Co wspólnego ma zupa pomidorowa z komputerem Amiga 1000 (dziś już jako eksponat w muzeum techniki) albo mydło z serigrafią? Okazuje się, że bardzo dużo, jeśli tylko połączymy je z postacią współczesnego artysty, ikoną popkultury, prekursorem nowych zjawisk w różnych dziedzinach sztuki. Andy Warhol, bo o nim mowa, wymyślił nową jakość tworzenia i sprzedawania sztuki, robienia zamieszania wokół swoich dzieł i własnej osoby. Pewnie kojarzycie plakaty z puszką zupy pomidorowej - sztandarowe dzieło Warhola, a w niejednym domu wisi plakat Marilyn Monroe, w kolejnej reprodukcji na bazie stworzonej przez niego w wielu wersjach. Mam wrażenie, że dopiero teraz, kiedy również Europę opanowała powszechna konsumpcja, tysiące sklepów sprzedających marzenia o byciu pięknym i bogatym, można lepiej zrozumieć Warhola.

Był dzieckiem imigrantów z Europy, miał szczęście urodzić się w Ameryce, kraju wielkich możliwości i wolnego rynku. Bez ideologii, oceniania, wolność robienia tego co chcesz -„Amerykański sen” rozumiany jako wolność wyboru, poglądów, sposobu życia, podejmowania ryzyka. W Ameryce „robić swoje” ma znacznie szerszy kontekst - możesz być kim chcesz, sam o sobie decydujesz - możesz być biedny albo bogaty, możesz być prezydentem albo szukać złota na prerii - wolny rynek dotyczy przede wszystkim pomysłów na życie. Andy Warhol doskonale to rozumiał i wykorzystał słabości amerykanów i możliwości swobodnego tworzenia kolejnych firm, projektów, idei.

"Wspaniałe w tym kraju jest to, że Ameryka zaczęła tę tradycję, w której najbogatsi konsumenci kupują zasadniczo te same rzeczy co najbiedniejsi. Możesz oglądać telewizję i zobaczyć Coca-Colę i wiesz, że prezydent pije Colę, Liz Taylor pije Colę i pomyśl, że ty też możesz pić Colę. Cola to Cola i za żadną sumę pieniędzy nie kupisz lepszej Coli od tej jaką pije bezdomny na rogu. Wszystkie Cole są takie same i wszystkie Cole są dobre. Liz Taylor to wie, prezydent to wie, bezdomny to wie i ty to wiesz."   Andy Warhol

Zaczynał jako grafik, rysownik, autor reklam, ale bardzo szybko zaczął tworzyć swoją legendę - manipulował informacjami o sobie, zmodyfikował łemkowskie nazwisko na bardziej amerykańskie, zmieniał datę urodzenia, przeniósł sztukę pop-artu - przypisuje mu się wymyślenie tego nurtu w sztuce (naprawdę wymyślili go angielscy artyści w latach 80-tych, XX wieku). Portretował największe gwiazdy popkultury, stawał się jedną z nich sprytnie kreując swój wizerunek. Z bardzo prostej i dostępnej grafikowi techniki - serigrafii zrobił dzieło sztuki powielając w kolejnych kontrastowych portretach Brigitte Bardot, Marilyn Monroe czy Elwisa Presleya. Potem były przedmioty codziennego użytku - zupa pomidorowa w puszce, która była w jego codziennym menu, wizerunki dolarów, Coca Coli.

Wykorzystywał legendy, idoli popkultury tworząc własną historię. Kreował się na ekscentrycznego samotnika, ale angażował się w działalność społeczną. Jego twórczość obejmowała takie dziedziny sztuki jak malarstwo, projektowanie, tworzenie kolejnych firm. Założył snobistyczne czasopismo, wymyślał filmy, artystyczne performance.
Jakiś czas temu zupełnie przypadkiem odkryłam, że mogę poczuć, zobaczyć dzieła Warhola całkiem blisko, nie wydając mnóstwa pieniędzy na wycieczkę do Nowego Jorku!

Polecam serdecznie wypad na Słowację, do małej miejscowości Medzilaborce. Znajduje się tam jedyna w swoim rodzaju galeria-muzeum poświęcona właśnie Warholowi.
Muzeum powstało dzięki pomysłowi brata Andy Warhola, w małej słowackiej miejscowości z której pochodzili ich przodkowie. Możemy tam zobaczyć stare rodzinne fotografie, dokumenty, rodzinne pamiątki. Oczywiście są też prace artysty, niektóre prezentowane tylko w tym muzeum. Ale nie jest to miejsce zakurzonych eksponatów! Są tam organizowane artystyczne akcje, konkursy, a także badania w dziedzinie teorii sztuk plastycznych.

Byłam tam jakiś czas temu i wybieram się ponownie. To kolejne miejsce, w którym czuję się dziwnie dobrze, jakbym była w dobrze znanej przestrzeni, wśród „swoich” klimatów. I prywatnie uwielbiam zupę pomidorową, chociaż niekoniecznie z puszki!



Fot.: news.artnet.com


środa, marca 27, 2019

Wiatrołomy i sztuka natury

Wiatrołomy i sztuka natury

Postanowiłam dziś napisać o jeszcze jednej mojej pasji. Mieszkając blisko natury zaczęłam dostrzegać różne jej aspekty. Jakiś czas temu miasto zaczęło mi dokuczać swoim hałasem, smrodem setek samochodów i bezimiennością mijanych na ulicy ludzi. Kiedy codziennie wracam do domu mijam pola uprawne, obserwuję rosnące zboża, zieleniejącą się trawę i umykające wzdłuż miedzy zające. Zmiany pór roku to różne prace w polu, sprzątanie na podwórkach i wokół domów. Wiosna zawsze ma ten optymistyczny wymiar czekania na „nowe”. Mijam też pościnane drzewa, bo urosły za duże, śmiecą liśćmi, stoją za blisko wjazdu itd., a wczesna wiosna to dobry czas na ścinkę. I niezmiennie robi mi się smutno na widok powalonych konarów akacji, wierzb, jesionów. Zastanawiam się co stanie z żółtymi plastrami akacji o głęboko karbowanej korze, z pniem wierzby o spróchniałym wnętrzu, ze smukłym jesionem, który niejednemu podmuchowi wiatru się oparł. Pewnie jak większość ścinanych drzew skończą jako opał w kominkach i piecach. Kiedy chodzę po lesie lubię dotykać kory drzew, wdychać zapach lasu, słuchać szumu wiatru w gałęziach. Zastanawiam się co mogły w swoim stuletnim życiu „widzieć” czy „słyszeć”. Zadzieram głowę do góry żeby dostrzec świegoczące w koronach drzewa ptaki i próbuję sobie wyobrazić jak daleko sięgają korzenie.

Od pewnego czasu moja „druga połowa” dzieli ze mną to poczucie łączności z naturą. Liczymy słoje na ściętych pniach, patrzymy jak szybko rosło drzewo, na jakiej ziemi. Gromadzimy różne drewniane klocki z drzew, które połamały wichury. Nadajemy im razem nowe życie. Deski wysuszone na słońcu i wietrze zamieniamy w piękne użytkowe przedmioty. On - góral od pokoleń - nadaje im kształt, powstają deski do krojenia pieczywa, do podawania serów, do sałatek i mięsa. Ja - artystka - wymyślam, rysuję kształty, szlifuję na gładko i zabezpieczam olejem. Mam w kuchni grubą deskę z akacji o miodowo żółtej barwie. Akacja nie przyjmuje zapachów, nie pozwala rozwijać się bakteriom - kroimy na niej pieczywo. Inna mała deseczka jest tylko do krojenia warzyw, a ta krzywa o ściętym boku jest tylko do przygotowywania mięsa. On ogląda każdy kawałek drewna, gdzie uciąć, jak wykroić gruszkę, liść, jak ułożą się słoje. Desek nie kleimy. Czasem sęk czy ciemniejszy ślad stają się ozdobnym elementem - np. ogonkiem owocu, który przypomina deska. Każda z tych desek jest inna, szczególna, nadajemy im nowe znaczenie, robimy je z miłości do natury. To niesamowite, że można znaleźć wspólna pasję i połączyć ją w kreatywne działanie.

Nasze deski wędrują do znajomych, są prezentem i szczególną pamiątką. Dekorują kuchnie i służą ich nowym właścicielom. Dla nas to niesamowita radość - nadajemy drewnu nowa jakość, nowe życie, oddajemy swój czas i serce - jesteśmy w domach naszych przyjaciół i znajomych. Przekazujemy dalej energię natury, która pozwoliła urosnąć drzewom i nasze pozytywne emocje, które są częścią naszej pracy przy ich tworzeniu.

Na zdjęciach poniżej możecie zobaczyć nasze deski, a może chcecie sami zrobić taką jedną, niepowtarzalną deskę? Już niedługo będą takie warsztaty, ale póki co zapraszam Was na majówkę! Jaworki 2019 - zapisy rozpoczęte, wkrótce kolejne szczegóły! 

Wszystkich zainteresowanych moimi zajęciami proszę o kontakt mailowy







Fot.: Beata Duda




środa, marca 20, 2019

Herbata i woda do płukania pędzli

Herbata i woda do płukania pędzli

Dawno temu, zupełnie przypadkiem, trafiłam na tekst, który opowiadał o zapominaniu się w działaniu twórczym. Ogólnie chodziło o to, że działalność angażująca mózg i ręce, powodująca głębokie zaangażowanie całej naszej osobowości, może być niesamowicie twórcza, kreatywna. Takie oderwanie się od rzeczywistości jest też niesamowicie odprężające i rozwijające. Przy takim angażującym działaniu zapominasz o całym świecie - nie pamiętasz o codziennych obowiązkach, włączonym praniu, gotującej się zupie. Nie słyszysz dźwięków, nie czujesz temperatury otoczenia, nie odczuwasz pragnienia ani głodu, nie masz świadomości upływającego czasu. Taki stan pełnego zaangażowania w to, co robisz.
Najłatwiej zrozumieć to na przykładzie muzyki - czasem może być to koncert, na który kupisz bilety kilka tygodni wcześniej, albo trafisz w sieci na muzykę, która określa doskonale twój obecny stan ducha, twoje myśli, lęki, pragnienia. Odpływasz, czasem łzy same lecą po policzkach, a czasem uśmiechasz się do wspomnień. Odrywasz się od ciała, unosisz się nad ziemią, jesteś tylko emocją, radością, smutkiem, bólem…

Czasem zazdroszczę ludziom, którzy tak bardzo są praktyczni i osadzeni w realnym świecie, że kompletnie nie rozumieją o czym mówię. Ja takie stany „nadwrażliwości” mam niemal codziennie - wystarczy ciepły powiew wiatru, słońce prosto w oczy, „płonące” niebo na horyzoncie, jakaś piosenka w radiu budząca wspomnienia…
Regularnie siedząc w pracowni, albo tylko przy biurku nad jakimś obrazem, podskakiwałam pod sufit na dźwięk telefonu czy głosu któregoś z domowników (mamo! bo ona się na mnie patrzy!, mamo! jak napisać rozprawkę?).

Zaczęłam wreszcie rozumieć dlaczego mało który z wielkich historycznych artystów był kobietą, albo chwalił się udanym życiem rodzinnym. No naprawdę nie da rady być przykładną matką (szczególnie matką Polką), gotować zdrowe obiadki, prasować pieluszki, (tak, kiedyś były takie szmacianie, tetrowe, wielokrotnego użytku, ekologiczne), chodzić z dziećmi do parku codziennie i ładnie wyglądać od 6 rano. I być żoną, synową, córką, koleżanką, studentką, współlokatorką, sąsiadką, matką, kochanką i kto tam wie kim jeszcze. Zawsze w mini spódnicy, z zadbanymi dłońmi, naturalnym makijażem i na szpilkach. Słuchać dobrych rad ciotek, teściowej, doświadczonych koleżanek, które wiedzą lepiej.
Ale halo, ziemia! Ja też mam coś do powiedzenia. Wiem jak chcę wychować moje dzieci. Wiem jaką chcę być matką. A poza tym maluję, tworzę, jestem artystą! Zarywam noce, bo przyśnił mi się obraz i za nic nie chce wyjść taki sam spod mojej ręki. Czytam, słucham, mam swoje zdanie na temat najnowszych trendów sztuki! Chodzę na wernisaże, oglądam wystawy, mogę nawet zaciągnąć kredyt, żeby zobaczyć twórczość Fridy Kahlo w Berlinie! Jestem wrażliwa na zjawiska w przyrodzie, na ludzi, ich emocje i świat jaki nas otacza! I uwielbiam chodzić we flanelowej męskiej koszuli i rozwalających się klapkach. Latem lubię mój prysznic pod jesionem i ziemniaki prosto z ogniska. Ale moje proste, codzienne życie nie zmienia faktu, że rozumiem malarstwo Picassa, chciałabym zamieszkać w ogrodzie Mehoffera, pić absynt z Chagallem, albo trzymać w rękach pędzle obok Pana Wyspiańskiego...


Uwielbiam stany pełnego zatracenia się w malowaniu, tworzeniu.

Lubię zapachy, faktury farb jakich używam. Mogę godzinami mieszać kolory, szukać sposobu na przeniesienie na papier, płótno swoich emocji, wrażeń. Czasem mam wrażenie, że odblokowują się kolejne poziomy myśli. Jakaś linia, plama, nagle zaczyna sama wychodzić spod ręki. Często jednocześnie maluję kilka obrazów, rozkładam je wokół siebie, przyglądam się i zastanawiam. Zapominam o całym świecie i jest mi z tym dobrze! Żadnych powinności, budzików, pośpiechu.
Ale spokojnie, w poniedziałek pojadę grzecznie do pracy i zrobię co do mnie należy. Podpiszę bilans roczny, uzgodnimy salda, zaplanujemy wydatki i inne bardzo ważne sprawy.  Tyle i aż, tyle.
A teraz mam w ręce pędzle, namoczyłam farby, ustawiłam sztalugi. W uszach i głowie mam dźwięki, emocje, wrażenia. Słucham dobrej, emocjonalnej muzyki. Przygotowałam różne szkice, podmalunki. Ostatnio fascynują mnie portrety, twarze, oczy, nosy, usta. Rysuję, szkicuję na większych i mniejszych formatach.


Powtarzam na moich warsztatach, że ważne jest samo działanie, ale niekoniecznie efekt końcowy.

Co chcesz namalować, wyrzeźbić? Jaki ślad we wszechświecie zostawić? Chcesz poczuć więź z innymi, którzy myślą, czują, tak samo jak ty? A może chcesz przez chwilę  poczuć się bardzo ważną osobą? Artystą! Masz do tego prawo. Masz do tego przestrzeń. W swojej wyobraźni. W muzyce której słuchasz, w obrazach jakie oglądasz. W każdym oddechu, każdej filiżance wypitej kawy. Albo na warsztatach ze mną. Całkiem realnie, namacalnie. W określonym miejscu, czasie i przestrzeni.
Szukam obrazów naśladujących moje emocje. Kiedy skończę dzisiejszy szkic - oko, nos, twarz - wypiję trochę białego wina, będę czuła, że zrobiłam coś dla siebie. Po prostu, nawet jeśli rano przemaluję ten obraz na zupełni inny. To są moje emocje, moja wrażliwość. A kiedy zatracam się w malowani, wyklejaniu czy wycinaniu, zdarza mi się prawie pić wodę z pędzli a pędzle płukać w herbacie w roztargnieniu. A było i tak, że napiłam się wody przygotowanej dla kwiatków, ale to zupełnie inna historia :))

Zapraszam na wiosenną edycję Plenerowej Akademii Sztuki! Biskupice, Tarnów, Jaworki.


Wszystkich zainteresowanych moimi zajęciami proszę o kontakt mailowy




środa, marca 13, 2019

Emocje i zwichnięta noga

Emocje i zwichnięta noga

Zastanawiacie się czasem nad różnymi emocjami, które są w naszym życiu? Ja bardzo często, emocje są dla mnie czymś tak oczywistym jak oddychanie. I, podobnie jak z oddechem, czasem muszę sobie uświadomić dlaczego sobie z czymś nie radzę. 
Brakuje mi oddechu jak przy długim podejściu pod coraz bardziej stromą górę. Emocje czasami są tak intensywne jak wysiłek ponad miarę. Bardzo długo nie umiałam przyznać się do słabości. Powiedzieć głośno i wyraźnie, że nie dam rady, nie mam siły, nie umiem. Kiedyś nawet zwichnęłam sobie staw kolanowy (do dziś nie pozwala mi o tym zapomnieć), żeby tylko udowodnić, że dam sobie radę...

Była zresztą podobna pora roku, tak na przełomie lutego i marca, Wysokie Tatry gdzieś po słowackiej stronie, całkiem nieźle przygotowany stok narciarski, wtedy luksusowy wyciąg z krzesełkami, jakieś 5-6 stopni na minus i fantastyczne wiosenne słońce. To nic, że od bardzo niedawna w ogóle umiałam stać na tych nartach, to nic, że inni mieli czas na naukę na mniejszych górach kilka lat wcześniej - przecież nie będę gorsza, dam radę! Strach wejść na wyciąg narciarski, strach wyjechać na górę, ale nie ma czasu na zastanawianie się. Szybko, już zjedź! Co tak stoisz?! Nie zatrzymuj się na stoku! Inni już też chcą zjechać! Nogi sztywnieją, narty jadą tam gdzie chcą, nie ważne, no już!!! Nie rób obciachu!!! Co ludzie pomyślą?! A tu skały na wierzchu, słonko świeci w oczy, lód, błoto i kamienie. Narty stawiają opór, „technika” nie pomaga, ktoś popycha, inny zajeżdża drogę. Halo! Ludzie! Ale ja przyjechałam tu na urlop, na odpoczynek?! 

Nagle, trach! Kolano! Mamo jak bardzo boli! Złamałam, zwichnęłam?! Ból trudny do opisania. Brak oddechu, sztywność nogi, zimno gorąco, słabo i wstyd….  Dobra mina, nie, nie, nie czekajcie na mnie, dam radę, tyko podziwiam widoki. 
Nie dam rady, nie zjadę na dół, trasa na 7-8 minut wydaje się długa na kilometry. Booli!!! Hej Beata, jedziemy? Pytanie bez odpowiedzi, pytający już tylko szurnął nartami, bo już, zaraz trzeba znowu jechać na górę (i tak naprawdę pytającego nie obchodzi jak się czujesz). Macham ręką, nie chcę pomocy, dam radę nie pierwszy raz, łykam łzy i zsuwam się na bezpieczną część stoku. Odpinam narty, rozpinam buty, niemal czołgam się do pokoju. Jest źle, nie znam się na medycynie, ale dwa razy większe kolano niż zwykle nie wróży nic dobrego. Boli, mam jakieś mazidła, bandaże, proszki przeciwbólowe. Ok, znieczulona chemią dam radę, jest impreza, interesujące towarzystwo, tylko o jeżdżeniu na nartach mogę zapomnieć, przynajmniej w tym sezonie. Narty to nie koniec świata.

Ale spokojnie, pamiętam, że to jest miejsce w którym piszę o sztuce i kreatywności.
Czy można mówić o sztuce w oderwaniu od emocji, uczuć, wrażeń?! (można,  tylko to będzie kompletnie bez sensu). 
Codziennie jadąc do pracy, ok. 40 km, mam czas na takie dywagacje, rozmyślania. Kiedy jesteś w jakimś określonym miejscu, możesz skupić się na zadaniu jakie masz do wykonania: praca, odpoczynek, tradycja, obowiązek. Albo skupić się byciu TU i TERAZ. Czy odpoczywanie na urlopie musi być pod dyktando? Dobrze posłuchać przewodnika, który opowiada ciekawe rzeczy, fajnie gdy w grupie jest ktoś, kto napędza aktywność. Ale czy ma to jakieś znaczenie ile razy zjechałam z tej góry? No nie, nie dla mnie. Za to pamiętam niesamowite widoki na ośnieżone Tatry, promienie słońca na nosie, skrzypienie śniegu pod nogami. Nawet to zwichnięcie kolana miało o tyle dobrą stronę, że mogłam spokojnie poczytać książkę w schronisku. Odkryłam też nowość wtedy na stoku, narty pożyczone od kolegi, idealne dla mnie – „snowblady”. Bardzo krótkie narty, na których mogłam zjechać pomimo bolącego kolana.

Kiedy widzę zabieganych ludzi w sklepie, na ulicy, mam ochotę krzyknąć: „zatrzymaj się, zobacz, poczuj, posmakuj!”. Życie jest cholernie krótkie, a dzisiejsze bardzo ważne sprawy, jurto mogą mieć zupełnie inny wymiar. Ważne jest życie jako takie. Czasem trudno przerwać spiralę powinności i różnych wymuszaczy. Ale to od nas samych zależy jak bardzo damy sobie zrobić krzywdę spełniając oczekiwania innych. Czasem dopiero zwichnięta noga, albo złamane serce powodują, że zatrzymujemy się i zaczynamy żyć „teraz”.

A „tu i teraz” jest myślą przewodnią warsztatów artystycznych na jakie Was zapraszam. Zapraszam Was do rozmowy o emocjach, o podejmowanych pod wpływem emocji decyzjach. Zapraszam Was do rozmowy o tym, jak kreatywnie zamienić negatywne emocje na twórczą ekspresję w miłej, akceptującej atmosferze. Zapraszam Was do Plenerowej Akademii Sztuki
Wiosenne słońce już się rozkręca :)


Wszystkich zainteresowanych moimi zajęciami proszę o kontakt mailowy



środa, marca 06, 2019

Skończ jak zaczęłaś! - czyli dlaczego nie maluję na zamówienie

Skończ jak zaczęłaś! - czyli dlaczego nie maluję na zamówienie

Pisałam już o technicznej stronie bloga, a dziś napiszę Wam jak to jest z malowaniem. Albo z niemalowaniem.
Od pewnego czasu maluję obrazy na szkle. Jest to o tyle trudne, że nie da się „zamalować” poprzedniej wersji. Kiedy maluje na płótnie, albo na papierze, kolejne warstwy powstają „od dołu do góry”. Czyli każda nieudana próba (kreska, plama), może być zamalowana kolejną warstwą obrazu. Niestety, jeśli maluję na szkle, jest troszkę inaczej. Czyli odwrotnie. Każda kreska, kropka, plama namalowana na początku jest pierwszym planem obrazu. Najpierw dosyć dużo czasu poświęcam na dokładne odtłuszczenie powierzchni szyby, na której będę malować (farby nie lubią konkurencji czyli np. śladów palców na których jest troszkę tłuszczu). Następnie, odpowiednim narzędziem, nanoszę kontury przyszłego obrazu. Czasami jest to farba nanoszona pędzlem, a jeśli chcę tylko zaznaczyć kontury postaci jest to pisak do gładkich powierzchni (pozwala na kreślenie bardzo cienkich linii). Każdy z kolejnych opisywanych etapów wymaga czasu na „schnięcie”- inaczej „zamazuje” się nie wiadomo kiedy.

Kolejny krok to zaznaczenie wszystkich cieni na twarzach, fałdach ubrań, horyzontu i dalszego planu. Znowu czekanie na wyschnięcie naniesionej farby. Teraz czas na nałożenie większych płaszczyzn, mocniejszych akcentów. Ale po raz kolejny odwracam moją szybę i oglądam obraz z właściwej strony. No nie! Znowu źle położyłam kontury! Za bardzo namieszałam na większych płaszczyznach! Ok, bez paniki - biorę nożyk, skalpel, cokolwiek ostrego i delikatnie zdrapuję źle namalowane fragmenty. Miękką szmatką, pędzlem zgarniam na zewnątrz kolorowy pył a serce boli, że tyle farby się zmarnowało, ale trudno. Oglądam pod różnymi kątami, ścieram pojedyncze pyłki. Jest dobrze, zaczynam malować, już kilka plam, kilka pociągnięć pędzlem. Nie, tego nie da się uratować! Zdrapuję cały prawie ukończony obraz. Zdrapuję wszystkie ślady farby i kolejny raz myję dokładnie szybę, ani śladu kilku godzin pracy.
Jestem smutna i mam poczucie klęski. Ale nie pokażę nikomu obrazu, który mnie nie będzie się podobał. Którego sama nie chciałabym oglądać na co dzień. Koniec, kropka.

Nie jestem perfekcjonistką, mam bałagan w torebce, nie mówiąc o szafie. Ale mam wyobrażenie moich obrazów, nawet jeśli niektóre zostaną tylko na etapie projektów. Teraz mam na warsztacie cztery, dwa właśnie zdrapałam, dokładnie zmyłam resztki farb z szyb na których powstają. Idę malować, od nowa, jeszcze raz, kolejny raz. Kiedyś już wspominałam o ćwiczeniu cierpliwości przy malowaniu. Czasem pomiędzy niektórymi obrazami mija wiele czasu. Z zazdrością oglądam perfekcyjnie dokładne rysunki innych artystów. Gdy skończę obraz i jestem z niego zadowolona, kiedy słyszę pozytywną opinię widzów - jest uczucie nie do opisania. My artyści jesteśmy bardziej wrażliwi, wyczuleni na słowa krytyki. Ale tak naprawdę, każdy bez względu na to co robi lubi pochwałę i podziw dla swojej pracy, prawda? 

Zapraszam Was na dyskusję o uczeniu się cierpliwości, potrzebie bycia docenianym, najlepiej w pięknych okolicznościach przyrody. Warsztaty w Pieninach już w maju! 
Ale póki co, tworzymy baranki Wielkanocne na warsztatach w Tarnowie, zgłaszajcie się i zapisujcie - ilość miejsc ograniczona! Zapraszam!


Wszystkich zainteresowanych moimi zajęciami proszę o kontakt mailowy

Copyright © 2016 Moje Monotypie , Blogger