środa, grudnia 12, 2018

Paryż

Paryż

Mam takie pytanie - czy kiedy jedziecie do bardzo znanej miejscowości, ikony, znaku rozpoznawczego, to przygotowujecie sobie bardzo dokładny plan zwiedzania? Obowiązkowe punkty, zaliczenie określonych atrakcji? Pewnie tak, bo jedziemy do tej znanej metropolii,  której atrakcje opisywane są w najlepszych przewodnikach, byli tam już nasi znajomi, bo wszyscy wiedzą gdzie to jest,  jest to bardzo popularne miejsce, itd.. No po prostu tak jest, że czasem zwiedzanie organizuje za nas jakieś biuro podróży, a czasem czytamy jakiś przewodnik i chcemy „to” zobaczyć na własne oczy i już!

Ręka w górę komu na hasło „Paryż” nie pojawiają się przed oczami takie obrazy jak Luwr, wieża Eiffla, Łuk Tryumfalny czy inne sztandarowe zabytki tego miasta? Dokładnie! Paryż ma kilka rozpoznawalnych na każdej szerokości geograficznej budowli, miejsc, których nawet nie trzeba szczególnie opisywać. Aktualnie Paryż to również (niestety) zamieszki i burdy na ulicach. A ja miałam okazję znaleźć się na ulicach Paryża w bardzo nieoczekiwanych okolicznościach - do dziś nie wiem, jak można pomylić godzinę wylotu o całe 60 minut, wycieczki zaplanowanej pół roku wcześniej?! Można jak się okazuje! Ja pomyliłam, ale dzięki ułańskiej fantazji pozostałych uczestników wyprawy i determinacji, w chęci wypicia lampki wina w ciasnej kafejce na Montmarte, jednak byłam w Paryżu!
Nie, nie będę Was zmuszać do czytania o oczywistych miejscach, które trzeba zobaczyć - trudno, że boli - ma boleć! (gigantyczne tłumy w Luwrze, harmider komunikacyjny wokół Łuku Tryumfalnego, smród tysięcy samochodów w centrum miasta itd.) - Paryż trzeba zobaczyć i już!

Ja, oprócz oczywistych miejsc zwiedzania, mogłam zupełnie przypadkiem znaleźć się w niesamowitym miejscu. Pewnie uważni podróżnicy albo ambitni architekci znają doskonale to miejsce - niedaleko wieży Eiffla, przy popularnym szlaku turystycznym, znajduje się muzeum architektury. Chociaż trafiłam tam przypadkiem, to zrezygnowałam ze zwiedzania samej stalowej konstrukcji (kolejne 2 godziny w kolejce do kasy po bilet i pospieszne zwiedzanie gigantycznej kupy żelastwa w tłumie szturchających ze wszystkich stron turystów - o nie!, nie! dziękuje bardzo!). Zupełnie niechcący znalazłam się w raju każdego konstruktora, architekta, inżyniera.

Sympatyczna pani, mówiąca czystą polszczyzną, wskazała uprzejmie szukane przez zmęczonych turystów miejsce „samotnej zadumy” i sprzedała zniżkowe bilety do muzeum. Wspominam ciepło niesamowicie intensywne 90 minut oglądania wszystkich możliwych, do tej pory wymyślonych przez człowieka, konstrukcji budynków! Portale, portyki, łuki, sklepienia, kopuły, ornamenty, kolumny, okna, wieże, głowice. Encyklopedia architektury, którą można oglądać, doświadczać, dotykać - w odpowiedniej skali, w przekrojach i klockach do układania - no tak, można sobie zbudować swój łuk, o ile wiesz jak to zrobić. Można posłuchać wypowiedzi architektów konstruktorów, którzy wyznaczali kierunki rozwoju, trendy pojawiające się w przestrzeni publicznej. Można zobaczyć jak nowe materiały, rozwój wiedzy, techniki, nowe znaczenia, funkcje, determinowały powstawanie określonych konstrukcji. To było naprawdę niesamowite zwiedzanie, bez tłumów (wszyscy stali w kolejce po bilety gdzie indziej) - podróż przez najważniejsze budowle, nie tylko Europy, w kilkadziesiąt minut!

Zachęcam Was żeby w trakcie małych i dużych wypraw, mniej lub bardziej zorganizowanego zwiedzania, urwać się czasem, zgubić w jakiejś małej uliczce - pójść za promieniem słońca albo zwykłą codzienną potrzebą, bo może gdzieś na naszej drodze jest jakieś niesamowite miejsce, ciekawy budynek, fantastyczne spotkanie…


Fot.: Pixabay.com



środa, grudnia 05, 2018

O rany!

O rany!

Kiedy poszukacie na mapie miejsca, w którym obywają się zajęcia Plenerowej Akademii Sztuki, bez trudu zobaczycie, że tylko kilka kilometrów od Biskupic jest malowana wieś Zalipie. Kilka zbiegów okoliczności, spotkanie tych, a nie innych ludzi sprawiły, że malowane chaty to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli małopolski. 

Jeśli wierzyć etnografom tradycja malowania domów wewnątrz była znana w całej Europie. Miało to związek z używaniem pieców bez komina, z których dym wydostawał się po prostu przez otwór w dachu. Z czasem piece zyskały kominy, a wnętrza domów już nie były nieustannie okopcone. Początkowo malowanie izby było tylko zabiegiem estetycznym, a dopiero z czasem powstawały różne kompozycje w miejscu „paciek” farby. 

Ale mnie zachwycają w Zalipiu inne dekoracje - znane dużo wcześniej niż dzisiejsze choinki - podłaźniki. Pewnie niewiele osób wie, ale tradycja wieszania pod sufitem jodłowego lub świerkowego czubka, sosnowej gałęzi, a potem znanych nam dziś choinek, związana jest z pogańską tradycją ludową. Nazywane też sadem, rajskim drzewkiem, nawiązywały do kultu wiecznie żywego zielonego drzewka. Mnie zachwycają te robione z kawałków słomek (kiedyś słoma była po żniwach równiutka, niepognieciona, ponieważ zboże koszono ręcznie), ozdabiane delikatnymi bibułkami, bez świecidełek i brokatów. Miały bardzo często skomplikowane konstrukcje i pokaźne rozmiary, wymagały zaangażowania wielu rąk i wielu wieczorów spędzonych na pracy. Były również podłaźniki wykonane z jodłowych gałązek, ozdabiane jabłkami, orzechami, ciastkami, ale najpiękniejsze były „światy” - dekoracje wykonane z krążków opłatków. Nie tylko wykonanie i dekoracja miały swoją symbolikę - podłaźniki wieszali tylko gospodarze domów. W dzień Wigilii, zwanej też Świętem Godowym, zawieszenie podłaźniki gromadziło całą rodzinę i rozpoczynało czas świąteczny. 

I tak sobie myślę, że w dzisiejszym zabieganym świecie brakuje nam tej magii związanej ze świętami. Ten podniosły nastój nie pasuje do krzykliwych reklam kolejnego super telewizora czy niezbędnego w każdym domu następnego urządzenia do gier komputerowych. Wszystkie przedświąteczne przygotowania były kiedyś spotkaniem, czasem spędzonym z bliskimi na rozmowach, na przygotowaniach dekoracji, potraw... 
Dziś nikt nie ma czasu na długie tygodnie przygotowań. Ale namawiam Was do szukania, zastanawiania się nad zwyczajami i tradycjami wśród których żyjemy. Po co? Żeby bardziej doświadczać, przeżywać, być…

O rany, nawet nie zauważyłam kiedy minął rok od założenia bloga!
Kiedy robiłam dziś mały „remanent” okazało się, że poprzedni post był 50-tym wpisem! Regularnie, co tydzień, od roku umieszczam nowy autorski tekst. Czasem pisałam o sztuce, galeriach i muzeach, czasem pozwalałam sobie na osobiste wyznania. Każdy tekst odsłania jakąś cząstkę mojej duszy. A najlepsze jest to, że sprawia mi to niesamowita frajdę! No dobra, może pomyślicie, że to żaden wyczyn, ale ja jestem z nas bardzo dumna (Asiu bez Ciebie by się nie udało :)).
Dziękuję Wam wszystkim za odwiedziny na moim blogu. Zapraszam częściej! :)



Fot.: Izba czarna w domu Felicji Curyłowej w Zalipiu, fot. Karolina Tomas, podroze.se.pl

środa, listopada 28, 2018

Moja słabość

Moja słabość

Dzisiaj przyznam się do jednej z moich słabości… totalnie mylę kierunki świata - wschód, zachód, prawo, lewo. Mój artystyczny mózg robi mi małe psikusy, prawo czy lewo - jest mu wszystko jedno. Czasem jest tylko śmiesznie, a czasem strasznie, ale nigdy nie jest nudno. Kiedy jest śmiesznie, to na przykład zupełnie nieoczekiwanie znajduję jakąś wspaniałą przyrodniczą scenerię na słonecznej polanie w środku lasu. Nie szkodzi, że nie za bardzo wiem jak wrócić do zaparkowanego gdzieś samochodu, nie ma zasięgu nowoczesnych wynalazków typu „gps” i google mapy - po prostu jest pięknie. Ale z tej mojej słabości wynikają czasem niezapomniane sytuacje.

Byłam kiedyś na dość egzotycznej wycieczce w Egipcie (najbardziej egzotyczne było przebywanie w kajucie statku wycieczkowego wielkości małej łazienki w bloku). Jednym z przystanków w podróży była noc w pobliżu Luksoru i zwiedzanie zabytków następnego dnia. Luksor, jak wiele miast z historią sięgającą wielu stuleci, to miasto kontrastów, starożytnych zabytków, muzułmańskich zwyczajów i niesamowitych zapachów. Wieczorem temperatura powietrza robi się na tyle znośna, że można udać się na spacer. Miejscowa ludność (oraz turyści z wycieczkowych statków) wysypują się z rozgrzanych budynków, miasto zaczyna swoje nocne życie. Idąc uliczkami Luksoru można poczuć rytm tego miasta - kafejki, restauracje, place są wypełnione ludźmi, rodzinami, które wychodzą na gwarne ulice spotkać sąsiadów, znajomych i dzieciakami bawiącymi się na trawnikach i placach. Całe rodziny biesiadują na trawie, jedzą, rozmawiają, spędzają wspólnie czas. Każdy mijany sklepik, restauracja ma swoje zapachy, kolory, dźwięki. Kiedyś zorientowałam się, że bardziej zapamiętuję zapachy niż obrazy z miejsc w których byłam. 

Ale zaczęłam ten post od mojego problemu z orientacją w przestrzeni.
Zwykle jeśli skręcimy dwa razy w prawo, i w prawo, to wychodzimy z powrotem w miejscu gdzie już byliśmy. Do dzisiaj nie mam pojęcia jak to się stało, ale dziwnym trafem, podczas wieczornego spaceru, nagle zrobiło się troszkę nieswojo, nie żeby od razu niebezpiecznie. Ale właśnie skręcając w prawo i w prawo z rozświetlonej, rozkrzyczanej ulicy znalazłam się w takiej troszkę mało jasnej, a właściwie całkiem ciemnej uliczce, z mocno uzbrojonym ochroniarzem banku i całkiem sporą liczbą ulicznych barów i ich klientów w bardzo mało europejskich ubraniach i raczej płci męskiej. Oj mądra opatrzności, przypomniało mi się, że mam przy sobie wizytówkę statku, który był moim chwilowym domem. I kiedy tylko pojawiła się na horyzoncie sylwetka taksówki, szybko machnęłam ręką i pokazałam tę wizytówkę. Kierowca, gdy spojrzał na nazwę statku, aż krzyknął w zupełnie niezrozumiałym dla mnie języku i ruszył dosyć szybko w zupełnie innym kierunku niż się spodziewałam! No masz, czyli nie dość, że się zgubiłam, to jeszcze szłam w złym kierunku. Późna pora, biała kobieta w obcym kulturowo i językowo kraju. No dobra, miałam stracha, ale do dziś się do tego nie przyznałam.

Na szczęście taksówkarze na każdym końcu świata mają wyczulony wzrok na błąkających się turystów. A ja mam nawyk zabierania ze sobą ulotek, reklamówek i wizytówek miejsc, które zwiedzam albo w których mieszkam. Mój brak orientacji w terenie ma swoją dobrą stronę. Kiedy wiem, że nie mam na kogo liczyć (bo jestem gdzieś sama albo może być problem z „dogadaniem” się) jestem bardziej uważna. Idąc, zwiedzając nowe miejsce, zapamiętuję jakieś charakterystyczne budynki, detale, liczę uliczki, które mijam, rozglądam się za wysokimi elementami krajobrazu, które mogą mi wskazać kierunek itd.

Nawet jeśli nie macie, jak ja, problemu z poruszaniem się, a właściwie z gubieniem się, polecam Wam pewną zabawę.
Bardzo często jeździmy, chodzimy tymi samymi drogami codziennie, ale nie zwracamy uwagi na otoczenie. Spróbujcie popatrzeć na miejscowość, w której mieszkacie  jak turysta, który jest tutaj pierwszy raz. Zobaczcie jakie są wokoło budynki, dekoracje architektoniczne. Jakie są charakterystyczne punkty, ile mijacie ulic w drodze do/z pracy. Co chcielibyście pokazać innym w swojej miejscowości, z czego jesteście dumni? Co jest wizytówką, a co może należałoby zmienić?
A Luxor polecam, wart jest trudów zwiedzania - tylko jeśli macie klaustrofobię wybierzcie troszkę większą kabinę na statku.



Fot. podroze.se.pl



środa, listopada 21, 2018

Za oknem szaro i buro

Za oknem szaro i buro

Za oknem szaro i buro, słońce dzisiaj nie chciało nawet na chwilę wyjść zza chmur. Dlatego, albo mimo tego, zabieram Was dzisiaj na pełną słońca wyspę Lanzarote. Mieszkał tam do niedawna niesamowity artysta. Mógł sobie spokojnie wieść beztroskie życie celebryty, martwiąc się jedynie o to, w jakiej nowojorskiej knajpie zjeść najbliższy lunch. On jednak wrócił w swoje rodzinne strony na wulkaniczną wyspę i zmienił ją na zawsze.

Tym artystą był Cesar Manrique - wizjoner, projektant, konstruktor. Z informacji jakie można o nim znaleźć, dla mnie bardzo ważna jest ta, że miał odwagę i przekonał społeczność wyspy do zachowania jej spójnego stylu architektonicznego i konsekwentnego braku bilbordów i reklam.

Wyspy Kanaryjskie są bardzo specyficzne, surowe, czarne wulkaniczne krajobrazy i niesamowite klify z nieustającym szumem morza i bryzy rozbijającej się o skały wody. Co roku tysiące turystów przyjeżdżają z różnych stron świata kąpać się w promieniach słońca i poleniuchować przy hotelowych basenach. Chciałabym pogadać sobie z panem Cesarem i zapytać, w którym momencie życia uświadomił sobie zagrożenie dla takich małych miejscowości jak Arrecife czy Tahiche. Przecież machina nazywana przemysłem turystycznym ma tyle zalet! Nikomu nieznane biedne wioski mogą stać się turystycznymi metropoliami dającymi pracę tysiącom mieszkańców - w obsłudze hotelowej, restauracjach, barach, salonach masażu, sklepikach z pamiątkami. A dojazd do hotelu? Lotniska, obsługa, przewoźnicy, transport zakwaterowanie spragnionych relaksu turystów. Bilbordy zachwalające wspaniałe hotelowe baseny, miejsca rozrywki, restauracje, mini golfy, windsurfing, zwiedzanie okolicy, itd. Mnóstwo ludzi ma mniej lub bardziej dochodowe zajęcie tylko dlatego, że na jednym końcu ziemi jest zimno i ponuro, a na drugim wręcz przeciwnie.

Czyżby niesamowity Hiszpan, obywatel nieskrępowanego, kolorowego świata artystów, widział też tę drugą stronę? Góry śmieci zostawionych w hotelowych pokojach, marnotrawienie żywności, niszczenie naturalnego środowiska dla kaprysu przyjezdnych i zysku właścicieli obiektów (niekoniecznie tubylców)?

A może ciekawsza byłaby rozmowa z mieszkańcami Tahiche o tym, kim dla nich był, jest, Manrique i jego wizje? Czy wyobrażają sobie swoją wyspę bez fantastycznych, kolorowych, mobilnych rzeźb jego autorstwa lub pomysłu? Czy lubią przebywać w przestrzeniach przez niego stworzonych, jak chociażby kaktusowy teatr? Reżim jednakowego lub podobnego wykańczania elewacji domów, to dla nich duma przynależności do wspólnoty czy „niewola i kajdany”?
O mamo, chyba zacznę uczyć się języka hiszpańskiego!

No dobrze, przyznam się, tak naprawdę bardzo lubię hotele, są przewidywalne i bezpieczne. Ale jednocześnie złości mnie mnóstwo rzeczy - brak poszanowania przyrody dla chwilowego zysku, marnotrawstwo jedzenia, którym można się podzielić, zaśmiecanie przestrzeni zamiast podziwiania piękna przyrody. Czy opisana dziś wyspa jest przykładem, że można pogodzić różne interesy? Mam nadzieję, że tak i że nie jest to wyjątek. 
Do zobaczenia na Wyspach Kanaryjskich, albo gdziekolwiek indziej, gdzie akurat jest cieplutko i świeci słońce!





środa, listopada 14, 2018

Pochwała wolności

Pochwała wolności

„Parada szła za ogromnym pojazdem, na którego czele stał jeden z artystów przebrany za lotnika, w dłoniach trzymał ogromne białe flagi. Za nim maszerowała na szczudłach kobieta, która niosła na ramionach wodę, kukła obwiązana czerwoną chustą i zwierzęta, przede wszystkim ptaki. Jeden z nich miał niebiesko-żółte kolory i pchał wózek, na którym znajdowało się ułożone z kolorowych rur gniazdo, a w nim papierowe pisklęta.”

Jak co roku Poznań zachwycił mnie rozmachem i doskonałą organizacją obchodów święta ulicy św. Marcina oraz odzyskania niepodległości, tym bardziej hucznie obchodzonym w tym roku z okazji 100 rocznicy. Również wystawa, która była moim pretekstem do wycieczki na drugi koniec Polski, na długo zostaną w mojej pamięci (nic nie powiem o rogalach, które zostaną mi w biodrach :)).

I kiedy sobie tak chodziłam i oglądałam, słuchałam i smakowałam to świętowanie, nie mogłam oderwać się od myśli o różnych aspektach wolności. Pewnie zgodzicie się ze mną, że wolność dla artysty ma szczególne znaczenie. Brak wolności może być  dla artysty impulsem do rozwoju, poszukiwania nowych rozwiązań, kreatywności. W swoich dziełach, wytworach może, pomimo braku wolności, mówić o tak ważnych sprawach, jak tożsamość narodowa, historia, honor, patriotyzm. Powstają wtedy wielkie malarskie przesłania jak „Hołd Pruski" Jana Matejki czy epokowe dzieła literackie jak „Noc listopadowa” Stanisława Wyspiańskiego.

Wolność dla mnie tu i teraz ma wymiar bardzo ludzki, zwyczajny - chcę mieć prawo do realizowania marzeń, planów, do podróżowania, zwiedzania. I wtedy mam przed oczami niesamowite obrazy polskiej artystki - Tamary Łempickiej.

„Sławna portrecistka paryskiej bohemy lat dwudziestych namalowała swój portret, który stał się ikoną tamtych czasów. Oto wizerunek nowoczesnej kobiety – wyemancypowanej i pewnej siebie. W niewielkim, niebieskim kapeluszu-kasku na głowie prowadzi samochód w tym samym kolorze. Dobrze wie, dokąd zmierza. Jest uwodzicielska i elegancka. W wyrazie twarzy modelki artysta wyraził kwintesencję kobiety wyemancypowanej, walczącej o swobodę i wolność przekonań.”

Tamara Łempicka, „Autoportret w zielonym Bugatti”, 1929

„Łempickiej można nie lubić. Za lekkie obyczaje, za kroczenie przez życie po trupach, za umiłowanie bogactwa, za jej „zbyt” erotyczną sztukę. Ale Tamarę trzeba podziwiać. Za siłę charakteru, za doskonałą zdolność obserwacji i łączenia różnych tradycji malarskich widoczną w jej obrazach, za ten erotyzm, który udostępniła kobietom i nadała im jako prawo. Najbardziej jednak należy podkreślić jej wkład w emancypację kobiet. Być może Łempicka była celebrytką swoich czasów, ale to dzięki temu pokazała, że kobiety też mogą kroczyć własną drogą, osiągając przy tym sukces.”

Mam nieodparte wrażenie, graniczące z pewnością, że mimo upływu lat ciągle trzeba rozmawiać o wolności. Zarówno o tej wolności rozumianej w szerokim znaczeniu- Państwa, Ojczyzny, patriotyzmu czy demokracji, jak i w prawie do własnego rozwoju. Kiedy w prywatnych rozmowach słyszę słowa pogardy dla innych strasznie się złoszczę. Unikam jak zarazy każdego przejawu szowinizmu, nacjonalizmu czy zwykłego chamstwa. Chciałabym każdej osobie dyskryminowanej, wyśmiewanej czy poniżanej powiedzieć, że zasługuje na szacunek, zrozumienie i wolność realizowania własnej drogi. 

Tak! Plenerowa Akademia Sztuki jest miejscem gdzie każdy może wyrażać swoje poglądy, realizować swoje marzenia, rozwijać kreatywność. Możemy wspólnie tworzyć, ale też możemy rozmawiać o ważnych i mniej ważnych sprawach. Nie musimy się ze sobą zgadzać, możemy mieć odmienne poglądy na życie, związki, diety. Jest tylko jeden warunek - w Plenerowej Akademii Sztuki Beaty Duda obowiązuje bezdyskusyjny szacunek dla drugiego człowieka. Tyle i aż tyle.

A w najnowszych informacjach ukazała się taka oto wiadomość:
"Na aukcji "Impressionist and Modern Art" domu aukcyjnego Christie's praca Tamary Łempickiej "La Musicienne" została sprzedana za 9 mln 87 tys. 500 dol., czyli ponad 34 mln zł. Tym samym ustanowiono nowy rekord cenowy za obraz polskiego artysty-malarza."



Fot. oraz cytat: http://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,24155985,wielka-parada-na-sw-marcinie-i-obchody-100-lecia-niepodleglosci.html?disableRedirects=true
* Cytat: http://www.polskina5.pl/motyw_wolnosci_w_malarstwie
* Cytat: https://niezlasztuka.net/o-sztuce/kokietka-tamara-lempicka/
* Cytat: https://kultura.onet.pl/wiadomosci/praca-tamary-lempickiej-sprzedana-za-ponad-34-mln-zl-to-najdrozszy-obraz-polskiego/htccyt6



środa, listopada 07, 2018

Świętomarcińskie rogale

Świętomarcińskie rogale

Chodzenie do galerii sztuki jest dla artysty tak normalne, jak oddychanie. Ale nie każda galeria artystom się podoba, a dokładnie to, co się tam wystawia. Są też takie galerie, do których choćby przez zaspy śniegu i w ulewnym deszczu artysta się zaczołga. 
No dobrze, troszkę tylko podkolorowałam ten wstęp. 
Ale rzeczywiście jest kilka takich galerii, które mogłyby być moim domem. Jedną z nich (która mnie niesamowicie inspiruje) jest Muzeum Kultury ZAMEK w Poznaniu. Aktualnie wydarzeniami i wystawami zawładnęła rocznica odzyskania niepodległości. Nie spodziewajcie się jednak zobaczyć przykurzonych obrazów patriotycznych zrywów (nawet jeśli zasługują na godne miejsce w historii sztuki). 

Poznańska galeria proponuje szereg imprez towarzyszących wystawie, które mają nas skłonić do refleksji i wciągnąć w dyskusję na temat wolności.

„Wolność to dopiero początek.
Wolność to pojęcie zarówno wzniosłe i zabarwione pozytywną emocją, jak i wieloznaczne i trudne do zdefiniowania. Stwarza to poważny problem, gdyż sposób rozumienia idei wolności jest kluczowy dla funkcjonowania każdej wspólnoty, w której określane są obszary podlegające regulacjom i te sfery życia, w które żadnej ustalającej owe reguły władzy nie wolno wkraczać.

Program „Pochwała wolności”, przygotowany przez CK ZAMEK w ramach obchodów 100. rocznicy odzyskania niepodległości, jest formą naszego udziału w dialogu na temat rozumienia idei wolności. Uważamy, że dyskusja na temat sposobu jej pojmowania powinna trwać nieustannie, uwzględniając różne punkty widzenia, ścierające się interesy, a przede wszystkim potrzeby grup mniejszościowych, którym sama niezależność państwowa i demokratycznie wyłaniana władza nie gwarantują automatycznie dostępu do pełni praw obywatelskich.

W tradycji polskiej pojęcie wolności odnosi się przede wszystkim do doświadczenia zaborów. Konsekwencje wynikające z historii w dużej mierze określają narrację dominującą podczas obchodów 100. rocznicy powrotu naszego kraju na mapę Europy. W takim ujęciu byt narodu i pomyślność polskiego etnosu są wartością nadrzędną, spychającą na dalszy plan zagadnienia dotyczące praw jednostki i wolności obywateli. Zdajemy sobie sprawę, podobnie jak pokolenie przełomu XIX i XX wieku, że bez niepodległej ojczyzny – w której swobodnie może rozwijać się tożsamość kulturowa, język i narodowa wspólnota – nie może być mowy o pełnej wolności. Niemniej niezależność państwowa jest dla nas warunkiem pierwotnym, koniecznym, lecz niewystarczającym dla urzeczywistnienia pełni idei wolnościowych.”

Jestem bardzo ciekawa tej wystawy, chociażby dlatego, że zupełnie nie znam bohaterów tamtego czasu, może poza Korczakiem, a jest to część naszej narodowej historii.
Nie odmówię sobie również parady z okazji odzyskania niepodległości i spróbowania poznańskich smaków. Poznań słynie przecież jeszcze z innej atrakcji - słodkich rogali! 

W tym roku będzie szczególnie uroczyście obchodzone święto ulicy św. Marcina, której towarzyszy nieodłączny element czyli Kiermasz Rogali Świętomarcińskich. Mam nadzieję, że będą równie pyszne jak w ubiegłym roku - kto chętny jechać ze mną? Ruszamy 11 listopada!


* Fot. oraz cytat: ckzamek.pl



środa, października 31, 2018

Listopadowe przemyślenia

Listopadowe przemyślenia

Jeśli nie lubicie poważnych tematów, nie czytajcie dzisiejszego posta, ale mam taką potrzebę podzielenia się moimi przemyśleniami na temat przemijania i śmierci…
Od bardzo dawna zwiedzam cmentarze (muzea i kościoły również) w miejscowościach do których zaprowadzi mnie życie. Lubię spokój, specyficzny nastrój i nieuchwytną atmosferę zadumy jaka panuje na wszystkich nekropoliach, bez względu na porę roku i otoczenie jakie im towarzyszy. Nawet jeśli grobowiec, miejsce pochówku, jest już tylko atrakcją turystyczną, ciekawostką archeologiczną (jak np. egipskie piramidy) ja zadaję sobie pytanie - kim byli ludzie, którzy w tym miejscu znaleźli ostatni przystanek na drodze życia? Kto ich kochał, kto za nimi tęsknił, kto ich opłakiwał? Czy żałowali życia, które z nich odchodziło podczas długiej choroby, czy z ulga przyjmowali koniec ziemskiego cierpienia? Współczesna medycyna mówi, że mózg człowieka umiera ok. 4 godzin (?!). Co się w tym czasie dzieje z naszymi myślami, zmysłami, odczuwaniem zewnętrznych bodźców?

Przychodzi mi teraz na myśl taka wątpliwość zadeklarowanego ateisty, Zdzisława Beksińskiego, który w jednej z wielu dyskusji na temat życia i jego końca, miał poddać w wątpliwość swój ateistyczny pogląd, że nasze istnienie kończy się tu na ziemi śmiercią naszego biologicznego świata. A jednak sam Beksiński, jak wielu innych artystów, twórców, żyje nadal w pamięci o nich. Ale nie tylko oni. Przecież każdy z naszych bliskich, znajomych, żyje w naszej pamięci, wspomnieniach. Muzyk - którego utwory zawsze wprawiają nas w błogi nastrój, nawet jeśli przynosi nam „bukiet czerwonych melancholii”. Malarz - którego wyobrażenie śmierci jako dostojnej, pięknej, władczej kobiety, zamykającej oczy staremu człowiekowi, towarzyszy mi od dnia kiedy zobaczyłam ten obraz w oryginale.

Jacek Malczewski "Śmierć", Wikimedia Commons

Ale popatrzcie na ten obraz - człowiek jest prostym rolnikiem, kosa w jej rękach była jego codziennym obowiązkiem, brzemieniem. On się uśmiecha z ulgą, nadzieją na nagrodę za dobrze spełniony obowiązek, jest spokojny - ona jest poważna i skupiona. Tak ma być, normalna kolej rzeczy, jak pory roku, jak słońce po deszczu, jak śmierć po życiu.

Jednym z moich bardzo wczesnych wspomnień były maleńkie nagrobki na cmentarzu, na który przychodziłam z rodzicami. Były to maleńkie pomniki dzieci…  To właśnie one przypominały mi się, gdy patrzyłam na takie obrazy jak ten, Fridy Kahlo:

Frida Kahlo, "Szpital Henry’ego Forda", 1932 / Frida Kahlo, Henry Ford Hospital, 1932 / Collection Museo Dolores Olmedo Pati?o, Mexico City 2007 Banco de México Diego Rivera & Frida Kahlo Museums Trust

„Frida trzy razy zachodziła w ciążę i trzy razy poroniła. Pragnienie bycia matką było u niej tak silne, że każde poronienie było prawdziwym horrorem. "Szpital Henry’ego Forda" to chyba najbardziej przejmujący obraz w dorobku Kahlo.
Na obrazie Frida leży na szpitalnym łóżku. Jest naga, zapłakana, skręca się z bólu i ma krwotok. Jej ciało jest bezwładne i bezsilne. Na czerwonych sznurkach przypominających pępowiny trzyma sześć, unoszących się wokół jej łóżka, przedmiotów: płód nienarodzonego syna, małego Dieguita; ślimaka - powolnego, jak sam akt poronienia; złamaną podczas wypadku miednicę, przez którą nie mogła mieć dzieci; orchideę przypominającą macicę; urządzenie symbolizujące zmechanizowanie całego procesu i różowy żeński tułów. Frida w ten sposób rozłożyła swoje okaleczone ciało i sam akt poronienia na czynniki pierwsze.”

A dzisiaj, kiedy piszę ten tekst, odszedł  Edward Dwurnik, artysta, który nieraz powtarzał, że inspiracją jego twórczości był Nikifor, o którym pisałam w poprzednim wpisie – możecie przeczytać go TUTAJ

Temat śmierci jest w sztuce, malarstwie zawsze obecny, a jednocześnie dzięki sztuce żyją jej twórcy. Czasem odkrywamy ich po wielu latach, przywracamy pamięć o nich. Ciekawe, że w każdej kulturze istnieją różne formy pamięci o tych, którzy odeszli. Artyści mają nad innymi tę przewagę, że zostają po nich ich dzieła, utwory. A my zwykli śmiertelnicy możemy podziwiać ich obrazy, rzeźby, słuchać muzyki, czytać wiersze. I tylko w taki listopadowy czas obrazy takie jak „Śmierć” Malczewskiego nabierają nowego znaczenia.


* Fot.: Pixabay
* Cytat: cojestgrane24.wyborcza.pl


środa, października 24, 2018

Rozwój albo zwijamy się!

Rozwój albo zwijamy się!

Zapewne nie będę daleko od prawdy, kiedy powiem, że każdy z nas dochodzi do takiego momentu w życiu, kariery zawodowej, rozwoju osobistego, że albo „wóz albo przewóz” (czyli zadajemy sobie pytania zasadnicze albo egzystencjalne).

Skończyliśmy tę albo inną szkołę, może mamy dyplom magistra, inżyniera, lekarza. W ogólnym odczuciu społeczeństwa „zaszliśmy” daleko, zrobiliśmy „karierę”. W miejscu pracy (oczywiście na umowę o pracę na czas nieokreślony) mamy ugruntowany statut „starego” pracownika. Nic nas nie zaskoczy - czyli cokolwiek szef wymyśli zaśpiewamy chóralnie „ale to już było”… W domu wszystko w miarę poukładane - szafa, stół, krzesła od wielu lat znają swoje miejsce. Dzieci na studiach, pies się starzeje, ewentualnie telewizor można zmienić na większy (nie wiem po co, bo i tak nie oglądam, ale znajomi się zachwycają).

Nie wiem jak powinnam to nazwać, określić, ale sama tego doświadczyłam - doszłam do takiego momentu w życiu, że wszystko już było poukładane, przewidywalne, każdy dzień podobny do następnego. Karuzela świąt, imienin, czasem pogrzebów, wesel albo chrzcin, wiosna, lato, zima… Poukładane, zwykłe i cokolwiek nudne życie. I stanęłam sama przed sobą z pytaniem: „czy o to mi w życiu chodziło?” Jeśli niewiele rzeczy, zdarzeń, powoduje dreszcz emocji, jeśli wszystko wokoło jest zwykłe, rutynowe, to może coś jest „nie tak”? I ten tekst istniejący z tyłu głowy, że „kto nie idzie do przodu, ten się cofa”.

Tak, mówię o potrzebie rozwoju, uczenia się nowych rzeczy, poznawania nowych ludzi, dziedzin nauki czy miejsc na mapie. Nie jest ważne, czy ten rozwój będzie dotyczył gotowania zupy pomidorowej, czy odkrywania nieznanych obiektów na mapie nieba. Mam na myśli rozwój swoich pasji, zainteresowań, marzeń. Mówię o wychodzeniu ze „strefy komfortu”, codziennych rutynowych czynności, które przewidywalne i znane już dawno nie zmuszają nas do żadnego wysiłku intelektualnego.

Jeden z moich (wielu) ulubionych artystów znany był z mnóstwa pasji i zainteresowań. Od malarstwa po konstruowanie niesamowitych urządzeń i tajemne pisma. Leonardo da Vinci nie dokończył większości swoich pomysłów, wiele obrazów oglądamy na etapie szkiców i „podmalunków”. Myślicie, że był leniwy, niedbały? Nie wiem. Myślę, że nie miał na to czasu. Z pewnością był geniuszem i miał w sobie potrzebę poznawania, zwiedzania, doświadczania. Umysł genialnego człowieka, który mając świadomość własnych ograniczeń, chciał się uczyć, rozwijać, doskonalić. Takie intelektualne pobudzenie do działania. 
Też tak mam, chociaż nie namaluję obrazu na miarę Mona Lisy, chcę poznawać, zwiedzać, uczyć się. Nie chcę reszty swojego życia spędzić na kanapie!

Również dlatego wymyśliłam Plenerową Akademię Sztuki. Na razie idzie zima, czas na przerwę w zajęciach, ale też czas na nowe pomysły. Z owocową herbatką, przy kominku, będę robić plany na kolejny sezon warsztatów i zajęć. 
Czytajcie i podpowiadajcie w jakich aktywnościach macie ochotę wziąć udział. Może wspólne zwiedzanie małych miasteczek, może galeria sztuki a może malowanie w plenerze? Zapraszam do zgłaszania pomysłów, kto wie, może coś z tego wyjdzie? A może jednak jakieś arteterapeutyczne warsztaty w zimowej aurze górskiego miasteczka? 
No tak, zaczyna się! Już czuję ten dreszczyk emocji, kiedy przychodzą mi do głowy nowe pomysły! Idę zrobić notatki, a później zobaczymy…


* Fot. Pixabay



środa, października 17, 2018

Mój Nikifor, moja Krynica

Mój Nikifor, moja Krynica

Nie będę oryginalna, ani szczególnie odkrywcza, kiedy powiem, że dla mnie Krynica i Nikifor są jak szarlotka z kruszonką. Mieszkam w odległości mniejszej niż 100 km od Krynicy, popołudniowa kawa i moje lody owocowe albo bita  śmietana były niemal obowiązkowe w każdą niedzielę. Kiedy zaczęłam jeździć na nartach tym bardziej weekendy spędzałam gdzieś w okolicach Beskidu Sądeckiego. A Nikifor Krynicki był jakąś częścią tych pobytów. Byłam przeszczęśliwa kiedy pani Feldman przyjęła propozycję zagrania roli dziwacznego artysty, kloszarda, włóczęgi, symbolu małych górskich uzdrowisk (jako mała dziewczynka myślałam, że Nikifor jest taką „atrakcją” turystyczną każdego uzdrowiska).

Nie wiem od jakiego momentu, dawno temu, zafascynowała mnie twórczość Nikifora. Uwielbiam zwiedzać kolejne wystawy jego prac, tych dziwnych dziecinnych obrazków, szkolnych temper i akwareli! A Muzeum Nikifora w Krynicy jest kolejnym z moich miejsc na ziemi. Pudełko drewniane, ciężkie i niewygodne, wypełnione resztkami farb, wytarte pędzle, pomięte kartki, siermiężne ramki obrazków, koślawe litery prawie analfabety na przypadkowych kartkach. To są realia człowieka żyjącego w zupełnie innym wieku (umarł w roku moich urodzin). Pewnie dzisiaj miałby opiekę socjalną, w szkole orzeczenie psychologa, nauczanie indywidualne, itd. A tymczasem nikomu nieznany bezdomny kloszard z prowincjonalnego miasteczka został jednym z rozpoznawalnych symboli Polski.


Nikifor, Willa Trzy Róże, ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu, fot. Piotr Droździk

"Stworzył tysiące akwarel, więcej dobrych niż złych. Żył długo i bardzo się zmieniał. Jednak obrazek jego poznamy z drugiej ulicy wśród wszystkich innych, na całym świecie (…). Namalował tysiące akwarel i nigdy się nie powtórzył. Nie znajdziemy dwu jego obrazków takich samych. Każdy Nikifor jest inny.”


Nikifor, Cerkiew, ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu, fot. Piotr Droździk

„Wszystkie obrazy oprawiono w głębokie ramy, a efekt wzmocniono pokrytym płótnem lnianym passe-partout oraz złotymi i koralowymi listwami. Wystawa okazała się wielkim sukcesem. Recenzje we francuskiej prasie były w większości entuzjastyczne, choć trudno przeoczyć, że sam Nikifor został odebrany jak dziwum, istota, która dopiero niedawno opuściła jaskinię. W „L’Express” pojawił się  artykuł, którego nagłówek brzmiał Genialny kloszard polski Nikifor."

Nie mogłam zobaczyć samego Nikifora, ale Krynica już zawsze będzie kojarzyła mi się z tym dziwnym artystą, znam uliczki, budynki, dworce kolejowe, które malował, pamiętam jak wyglądały kiedyś, w jego czasach. Dzisiaj są inne, odmienione, wyremontowane albo zastąpione nowoczesnymi betonowo-szklanymi formami. Dworce kolejowe dostały swoje nowe życie, piękne perony, oświetlenie led i nowoczesne kafejki dla podróżnych. 


Nikifor, Pejzaż beskidzki ze stacyjką kolejową, ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu, fot. Piotr Droździk

Ale kiedy oglądam obrazy Nikifora „widzę” tamten świat, rozwijającej się kolei żelaznej, powstających kolejnych fabryk produkcyjnych, które przyciągały kolejnych pracowników, powstających osiedli mieszkalnych. Nadal szukam śladów architektury górskich sanatoriów powstających dla tych pracowników, mieszkańców betonowych osiedli. Jakoś niezmiennie od upływającego czasu ludzie szukają odpoczynku i relaksu bliżej natury, przyrody. Oj znowu wracam na moją wieś, do Plenerowej Akademii Sztuki – pamiętacie, kiedyś pisałam o mojej świadomej ucieczce na wieś, bliżej natury, bardziej w zgodzie z rytmem przyrody.

Nikifor z różnych swoich bliższych i dalszych podróży wracał zawsze na ulice Krynicy. Krynica była w nim, a on był częścią Krynicy. Jeśli będziecie w pobliżu, zachęcam, zaglądnijcie do Krynicy, może skusicie się na wodę mineralną do pijalni albo wybierzecie na Górę Parkową, a może do Muzeum Nikifora. 

Jeśli będziecie jechać w stronę Krynicy, to ja bardzo proszę - zabierzcie mnie ze sobą, a na kawę i deser pójdziemy na gigantyczne lody, do jakieś małej kafejki nad strumykiem.



* Fot.: Nikifor Krynicki, fot. Maria Dawska, z kolekcji Salonu Dzieł Sztuki Connaisseur
* Cytaty: niezlasztuka.net


środa, października 10, 2018

Nie lubię Pana Stanisława Wyspiańskiego!

Nie lubię Pana Stanisława Wyspiańskiego!

Trudno, pewnie niejednej osobie narażę się okrutnie tym wyznaniem. Nie lubię Pana Wyspiańskiego, wielkiego polskiego artysty, bo kiedy o nim myślę, czuję się taka bardzo mała i nieważna…
No dobrze, ten wstęp to taka zachęta, żebyście posłuchali o moich wrażeniach z wystawy w Muzeum Narodowym w Krakowie! Olbrzymia kolekcja prac niesamowitego polskiego artysty jest dostępna dla publiczności w Muzeum.

„Stanisław Wyspiański jeszcze za swego życia podarował Muzeum pastelowe arcydzieła: projekty witraży do okien katedry krakowskiej. W roku śmierci artysty powstał komitet, w skład którego wchodzili wybitni przedstawiciele ówczesnego życia artystycznego i naukowego Krakowa, mający na celu gromadzenie w Muzeum Narodowym spuścizny po zmarłym "czwartym wieszczu". Najliczniejszą grupą dzieł Wyspiańskiego zebranych do czasów współczesnych jest zbiór rysunków ołówkiem, tuszem, węglem, m.in. szkice z czasów szkolnych, projekty  scenograficzne i  typograficzne. Wybitna jest kolekcja malarstwa portretowego i pejzażowego, wykonana pastelami, w której to technice Stanisław Wyspiański osiągnął absolutne mistrzostwo, jak również zespół projektów do dekoracji krakowskiego kościoła Ojców Franciszkanów, katedry na Wawelu i Domu Towarzystwa Lekarskiego.”

Nieustannie jestem pod wrażeniem dzieł Wyspiańskiego! Idąc na wystawę nie spodziewałam się, że po raz kolejny zostanę przytłoczona ilością dzieł, zachwycona doskonałością warsztatu. Musiałam pilnować się, żeby nie stawać z otwartą buzią przed kolejnym pastelem, który zachwycał mnie doskonałą techniką, mistrzowskim oddaniem charakteru postaci w kilku kolorowych kreskach. Szukałam znanych z reprodukcji portretów i nie rozczarowałam się - są wspaniałe!

Stanisław Wyspiański, Helenka z wazonem, 1902 r. MNK

A już za chwilę stałam przed kartonami z projektami witraży. Kilka z nich znam z krakowskich kościołów, kamienic i ciągle są dla mnie doskonałe, ponadczasowe, inspirujące. Oglądanie wystawy zajęło mi kilka godzin. To był kolejny fantastyczny czas spędzony na obcowaniu ze sztuką. Z wielkim Mistrzem, który w swoim 38 letnim życiu realizował swoje pasje, marzenia, wykorzystał wszelkie dary i talenty. Takie wystawy jak ta, warte są więcej niż jednej wizyty!

Stanisław Wyspiański, Portret Marii Pareńskiej, 1902, wł. Muzeum Narodowe we Wrocławiu, mnk.pl

Za każdym kolejnym zwiedzaniem jakieś inne obrazy, szczegóły zapadają mi w pamięć. Odkrywam na nowo wrażliwość i warsztat artysty.

Stanisław Wyspiański, Poranek pod Wawelem (Planty o świcie), 1894 r. mnk.pl

Z całego serca polecam oglądanie dzieł mistrzów w oryginale, zaglądanie do szkicowników i pracowni. A ja z pewnością napiszę Wam o moich kolejnych artystycznych podróżach.


* fot.: Stanisław Wyspiański, Autoportet, 1903, pastel, wł. MNK
* Cytat: mnk.pl


środa, października 03, 2018

Arteterapia na co dzień

Arteterapia na co dzień

Miałam dziś bardzo trudny czas - stres sięgający zawału serca i armagedon przez kilka godzin. Do tego zwykłe obowiązki, jakaś pilna poczta, telefon w bardzo ważnej sprawie a także miłe rozmowy przy kawie. Jakaś nikomu niepotrzebna, bardzo pilna ankieta do zrobienia, kolejne pismo do ważnego pana w niecierpiącej zwłoki sprawie. No po prostu poniedziałek jakich wiele za mną i jeszcze przede mną (mam nadzieję).

Kiedyś pisałam, że jednym z moich sposobów na trudne myśli, stres, jest jazda na rowerze. Ale jak na razie roweru w pracy nie mam, mam za to arteterapię. To moje hobby, pasja i jeden z obowiązków zawodowych. Przesympatyczni uczestnicy zajęć, włączyli się w proces twórczy czyli stworzenie „artystycznej książki”. Fantastyczna zabawa! Mieliśmy do dyspozycji kartki tej samej wielkości, farbki wodne i własne palce jako narzędzie pracy. Nie dlatego, że nie miałam przygotowanych pędzli. Dlatego, że czasami potrzebujemy się troszkę pobrudzić.

Przypomnijcie sobie kiedy ostatnio malowaliście palcami? Kiedy mogliście poczuć temperaturę wody? Czuliście szorstkość papieru? Fakturę farby? Potraficie powiedzieć jaka różnica w fakturze jest pomiędzy kolorem żółtym a fioletowym? A ile różnych plam można namalować opuszkiem palca? Takich pytań może być wiele, a uwierzcie mi, malowanie palcami jest świetne! Pracowałyśmy nad swoimi obrazkami, kartkami książki, w ciszy i skupieniu. Rytm pracy był spokojny i przerywany tylko koniecznością wytarcia palców z kolejnych kolorów lub odłożeniem na bok gotowej pracy.

I to jest taka chwila, kiedy cała reszta świata nas nie obchodzi! Jestem ja, moja wyobraźnia, moje ręce, kartka papieru i farba. Maluję, piszę, tworzę swoją opowieść, historię, a w głowie pojawiają się kolejne obrazy, na kartce zostają ślady moich palców. A kiedy widzę, że palce są zmęczone, a dzieci więcej czasu oglądają swoje dzieła niż malują kolejne obrazki, proszę żaby spróbowali opowiedzieć swoje książki. Tylko dobrowolnie i bez oceniania, każda historia jest dobra i ciekawa. Czasami pierwszą historią jest moja „artystyczna książka”, dzisiaj o lodach owocowych, które tworzą tęczowy ocean.
Przykłady realizacji z książki W. Karolaka "Książka artystyczna w arteterapii"

Arteterapia to bardzo szerokie pojęcie, chodzi o to, żeby wyrazić siebie, swoje uczucia, pokazać jakaś inną stronę siebie, której nie umiemy inaczej wyrazić, czasem obraz jest lepszy niż słowa. Nie ważne ile czasu zajmują takie zajęcia, nawet pisanie o tym jest dla mnie czasem na zatrzymanie się, zastanowienie, uważność. Na wsłuchanie się w siebie, rytm serca, oddech.

Jutro kolejny dzień, jakieś ważne ankiety, pisma, zastawienia. Dam radę! W końcu to "tylko" praca, a po drodze wspaniali kreatywni ludzie, szczere i otwarte dzieciaki i kolejny etap uczenia się bycia „tu i teraz”.


fot. pixabay



Copyright © 2016 Moje Monotypie , Blogger